piątek, 15 listopada 2013

1. Abscondita nuntiande

"To nie jest ko­niec, to na­wet nie jest początek końca, to do­piero ko­niec początku."
 
 
- Crucio.

Strumień czerwonego światła z różdżki Crabbe’a po raz kolejny trafił w pierś Longbottom’a. Nie chcąc widzieć, jak chłopak zwija się z bólu, zagryzłam wargę i zacisnęłam mocno powieki. Poczułam, że Teodor ściska moją dłoń. Byłam mu za to wdzięczna. On jeden mnie rozumiał. Tak jak ja, nie mógł patrzeć, jak Carrow’owie torturują niewinne osoby. Nie po tym, co widziałam. Nie po tym, jak ojciec, pod klątwą Imperio, zaatakował moją matkę Cruciatusem. Widziałam to wszystko. Widziałam ból w jej oczach, przerażanie, kiedy dostrzegła, że też tam jestem. Pamiętałam, jak bezgłośnie kazała mi uciekać. Nie miałam żalu do ojca, w końcu nie był świadomy swojego czynu. Bałam się jednak, że mnie spotka ten sam los. Ostatnie dni wakacji spędziłam u ciotki Jean. Tak samo jak moi rodzice, nie stanęła po żadnej stronie w walce między Voldemortem a  Zakonem Feniksa, jednak nią nie zainteresowali się jeszcze śmierciożercy. Zresztą, nie dziwiłam im się. Gdybym miała wybierać między pracownicą czarodziejskiej apteki a rodziną dyrektora Szpitala im. Św. Munga, także wybrałabym tych drugich.

Teodor rozumiał mnie, gdyż sam stanął w podobnej sytuacji. Miał jednak o wiele gorzej, ponieważ jego własny ojciec świadomie torturował go. Powodem była jedynie niechęć syna do śmierciożerstwa. Młody Nott chciał stać z boku w  tej bitwie, jak zawsze zresztą. Nigdy nie byliśmy specjalnie blisko, jednak już w pociągu do Hogwartu okazało się, że jesteśmy równie zagubieni. Od tej pory spędzaliśmy razem wiele czasu i wspieraliśmy się nawzajem. Teodor pomagał mi także pozbierać się po odejściu Dracona. Z jego pomocą powoli zapominałam o blondynie, a moje uczucie do niego zanikało. Za to byłam czarnowłosemu szczególnie wdzięczna.

W zamku nie znaleźliśmy ukojenia. Po przejściu w ręce śmierciożerców, stał się zupełnie innym Hogwartem. Nie mogłam już nazwać go domem. Carrow’owie z przyjemnością torturowali uczniów, szczególnie gryfonów. Inni nauczyciele nie mogli się za nimi wstawić, a pieczę nad wszystkich trzymał nasz nowy dyrektor, Severus Snape.

- Siadaj, Longbootom, i żeby takie zachowanie już mi się więcej nie powtórzyło. – moich uszu doszedł przepełniony nienawiścią syk Carrow’a.

Otworzyłam powoli oczy. Śmierciożerca stał po środku Sali wyraźnie usatysfakcjonowany wymierzoną karą, a na twarzy Crabbe’a widniał kpiący uśmieszek. Gryfon natomiast nie okazywał po sobie ani śladu jakiejkolwiek słabości, a jego oczy ciskały błyskawice.

Kątem oka zauważyłam, że Teodor posyła mi pokrzepiające spojrzenie, po czym puścił moją dłoń. Uśmiechnęłam się lekko do niego. Byłam w końcu ślizgonką, może sam widok tortur przywoływał niechciane wspomnienia, nie był to jednak powód do załamywania się.

Po chwili zadzwonił dzwonek i wszyscy wybiegliśmy z Sali. Nie było osoby, poza Crabbe’m i Goyle’m, która chciałaby spędzić więcej czasu w towarzystwie któregoś z Carrow’ów.

 

 

Po transmutacji i zielarstwie mogłam nareszcie odpocząć. Niestety nie było mi to dane. W pokoju wspólnym natknęłam się na Dafne. Starsza z sióstr Greengrass była jedną z moich przyjaciółek, choć jej płytkie zachowanie coraz częściej mnie irytowało.

- Co słychać, Pan? – zaszczebiotała mi do ucha i nie czekając na moją odpowiedź, ciągnęła dalej. – Wiesz, jestem taka szczęśliwa. Zgadnij, co się stało?

Nie lubiłam u innych między innymi tego, jak zadawali pytania, na które i tak nie znam odpowiedzi. Jednak widząc rozanieloną minę Dafne, miałam pewność, że chodzi o Blaise’a. Wszyscy dobrze wiedzieli, że blondynka jest w nim zakochana, nikt jednak nie był pewien, co on do niej czuje. Nauczona doświadczeniem z Draco, widziałam jego nieszczere gesty skierowane w jej stronę, mogłam się też założyć, że nic z tego nie wyjdzie, nawet gdyby Dafne użyła Amortencji.

- Blaise wreszcie zaprosił mnie do Hogsmeade. – powiedziała niezrażona moim milczeniem.

Nie podzielałam jej entuzjazmu. Pomijając fakt, że chodziło o Blaise’a Zabiniego, który moim zdaniem nie był godny zaufania, nie sądziłam by randka w Hogsmeade była najlepszym pomysłem. Chyba, że romantyczni byli wszechobecni w wiosce śmierciożercy.

- Bardzo się cieszę, Dafne. – uśmiechnęłam się do niej, z udawanym entuzjazmem. Uwierzyła mi, byłam doskonałym kłamcą.

Na szczęście w tej samej chwili otworzyło się wejście do pokoju wspólnego i pojawił się w nim właśnie Blaise. Dafne zrobiła przeuroczą minkę i, zapominając o mnie, pobiegła w jego stronę. Nie byłam tym szczególnie zaskoczona, robiła tak zawsze, gdy Zabini pokazał się w pobliżu.

Nie zaszczycając po drodze nikogo spojrzeniem, weszłam do dormitorium. Pierwszym, co zobaczyłam, była płomienno- czerwona czupryna Tracey.

- Błagam, Pan, uratuj mnie! – krzyknęła na powitanie i rzuciła się w moją stronę.

Tym razem naprawdę się zaciekawiłam. Rzadko można było zobaczyć pannę Davis w takim stanie.

- Co się stało, Tracey? – spytałam.

- Zgubiłam podręcznik od transmutacji. Pożycz mi swój! Muszę napisać to wypracowanie dla McGonagall.

Westchnęłam, ale ruszyłam się, by znaleźć książkę. To dziwne, że kiedy z drzwiami szaleje wojna, niektórzy przejmują się takimi błahymi problemami.

Właśnie wtedy, poszukując podręcznika od transmutacji, mój wzrok padł na stary, zniszczony dziennik. Bez słowa podobałam Tracey książkę, cały czas wpatrując się w niego. Kiedy tylko drzwi zamknęły się za moją współlokatorką, schyliłam się i wzięłam go do ręki. Okładka dziennika obita była skórą, poniszczoną najwyraźniej przez czas. Na okładce dojrzałam wyryte słowa. Compositae cogitationes.

To dziwne, że nie pamiętałam o nim przez całe wakacje, a mimo to znalazł się w moim szkolnym kufrze. Przypomniałam sobie wyraźnie chwilę, w której go dostałam.

 

Prawie cała szkoła zgromadzona była na błoniach, na pogrzebie Albusa Dumbledore’a. Jednak ja zostałam w zamku. Siedziałam w bibliotece, poddając się rozmyślaniom, gdy nagle pojawił się On. Choć powinien siedzieć w pierwszym rzędzie na błoniach, Harry Potter stanął przede mną i patrzył na mnie wyczekująco.

 

Pamiętam, jak wysyczał moje nazwisko z pogardą. Jak nie chciał mi zdradzić szczegółów swojej przyszłej nieobecności. Jak wyjął z torby dwa stare, skórzane dzienniki…

Wyciągnął różdżkę i skierował nią w ich stronę. Wyszeptał nieznaną mi formułkę. Abscondita nuntiande. Oba dzienniki powoli oplotła złocista nić, po czym zajaśniały oślepiającym blaskiem. Potem wszystko znikło, tak nagle, jak się pojawiło.

Pamiętam, jak wyjaśnił mi, że są one teraz połączone. Wystarczyło napisać coś w jednym, by pojawiło się w drugim.

Pamiętam, jak prosił mnie, ślizgonkę o pomoc. Jak nie chciał wyjawić powodów. Jak go wyśmiałam.

Pamiętam, jak wyszedł bez pożegnania. Nie wiem jedynie, dlaczego nie zostawiłam tego dziennika tam, w bibliotece, tylko wzięłam ze sobą. Ani jak znalazł się w mojej torbie.

 

Patrząc na dziennik, przypomniałam sobie dzisiejszą obronę przed czarną magią. Torturowanie niewinnych uczniów. I chyba właśnie to wywołało impuls, który skłonił mnie do otwarcia dziennika.

Przyglądałam się parę chwil jego pożółkłym kartkom, aż wreszcie wzięłam do ręki pióro. Zanurzyłam je w stojącym na szafce nocnej atramencie i napisałam dwa słowa.

Dwa słowa, od których wszystko się zaczęło.

Witaj, Potter.
 
 
~~~~~~
 
 
Poszukuję kogoś, kto mógłby wykonać szablon na tego bloga. Jeśli ktoś byłby zainteresowany, piszcie na e-mail: bajka1999@vp.pl, bądź na asku, do którego link znajdziecie, klikając w zakładkę "Pytania". Bardzo Was proszę o pomoc.
W weekend pojawi się zakładka "Bohaterowie".
Jeśli czytacie, zostawcie swoją opinię, to dla mnie naprawdę ważne.
Pozdrawiam,
Lilly.