"To nie jest koniec, to nawet nie jest początek końca, to dopiero koniec początku."
- Crucio.
Strumień czerwonego światła z różdżki Crabbe’a po raz
kolejny trafił w pierś Longbottom’a. Nie chcąc widzieć, jak chłopak zwija się z
bólu, zagryzłam wargę i zacisnęłam mocno powieki. Poczułam, że Teodor ściska
moją dłoń. Byłam mu za to wdzięczna. On jeden mnie rozumiał. Tak jak ja, nie
mógł patrzeć, jak Carrow’owie torturują niewinne osoby. Nie po tym, co
widziałam. Nie po tym, jak ojciec, pod klątwą Imperio, zaatakował moją matkę Cruciatusem. Widziałam to wszystko.
Widziałam ból w jej oczach, przerażanie, kiedy dostrzegła, że też tam jestem.
Pamiętałam, jak bezgłośnie kazała mi uciekać. Nie miałam żalu do ojca, w końcu
nie był świadomy swojego czynu. Bałam się jednak, że mnie spotka ten sam los.
Ostatnie dni wakacji spędziłam u ciotki Jean. Tak samo jak moi rodzice, nie
stanęła po żadnej stronie w walce między Voldemortem a Zakonem Feniksa, jednak nią nie
zainteresowali się jeszcze śmierciożercy. Zresztą, nie dziwiłam im się. Gdybym
miała wybierać między pracownicą czarodziejskiej apteki a rodziną dyrektora
Szpitala im. Św. Munga, także wybrałabym tych drugich.
Teodor rozumiał mnie, gdyż sam stanął w podobnej sytuacji.
Miał jednak o wiele gorzej, ponieważ jego własny ojciec świadomie torturował
go. Powodem była jedynie niechęć syna do śmierciożerstwa. Młody Nott chciał
stać z boku w tej bitwie, jak zawsze
zresztą. Nigdy nie byliśmy specjalnie blisko, jednak już w pociągu do Hogwartu
okazało się, że jesteśmy równie zagubieni. Od tej pory spędzaliśmy razem wiele
czasu i wspieraliśmy się nawzajem. Teodor pomagał mi także pozbierać się po
odejściu Dracona. Z jego pomocą powoli zapominałam o blondynie, a moje uczucie
do niego zanikało. Za to byłam czarnowłosemu szczególnie wdzięczna.
W zamku nie znaleźliśmy ukojenia. Po przejściu w ręce
śmierciożerców, stał się zupełnie innym Hogwartem. Nie mogłam już nazwać go
domem. Carrow’owie z przyjemnością torturowali uczniów, szczególnie gryfonów.
Inni nauczyciele nie mogli się za nimi wstawić, a pieczę nad wszystkich trzymał
nasz nowy dyrektor, Severus Snape.
- Siadaj, Longbootom, i żeby takie zachowanie już mi się
więcej nie powtórzyło. – moich uszu doszedł przepełniony nienawiścią syk
Carrow’a.
Otworzyłam powoli oczy. Śmierciożerca stał po środku Sali
wyraźnie usatysfakcjonowany wymierzoną karą, a na twarzy Crabbe’a widniał
kpiący uśmieszek. Gryfon natomiast nie okazywał po sobie ani śladu
jakiejkolwiek słabości, a jego oczy ciskały błyskawice.
Kątem oka zauważyłam, że Teodor posyła mi pokrzepiające
spojrzenie, po czym puścił moją dłoń. Uśmiechnęłam się lekko do niego. Byłam w
końcu ślizgonką, może sam widok tortur przywoływał niechciane wspomnienia, nie
był to jednak powód do załamywania się.
Po chwili zadzwonił dzwonek i wszyscy wybiegliśmy z Sali.
Nie było osoby, poza Crabbe’m i Goyle’m, która chciałaby spędzić więcej czasu w
towarzystwie któregoś z Carrow’ów.
Po transmutacji i zielarstwie mogłam nareszcie odpocząć.
Niestety nie było mi to dane. W pokoju wspólnym natknęłam się na Dafne. Starsza
z sióstr Greengrass była jedną z moich przyjaciółek, choć jej płytkie
zachowanie coraz częściej mnie irytowało.
- Co słychać, Pan? – zaszczebiotała mi do ucha i nie
czekając na moją odpowiedź, ciągnęła dalej. – Wiesz, jestem taka szczęśliwa.
Zgadnij, co się stało?
Nie lubiłam u innych między innymi tego, jak zadawali
pytania, na które i tak nie znam odpowiedzi. Jednak widząc rozanieloną minę
Dafne, miałam pewność, że chodzi o Blaise’a. Wszyscy dobrze wiedzieli, że
blondynka jest w nim zakochana, nikt jednak nie był pewien, co on do niej
czuje. Nauczona doświadczeniem z Draco, widziałam jego nieszczere gesty
skierowane w jej stronę, mogłam się też założyć, że nic z tego nie wyjdzie,
nawet gdyby Dafne użyła Amortencji.
- Blaise wreszcie zaprosił mnie do Hogsmeade. – powiedziała niezrażona
moim milczeniem.
Nie podzielałam jej entuzjazmu. Pomijając fakt, że chodziło
o Blaise’a Zabiniego, który moim zdaniem nie był godny zaufania, nie sądziłam
by randka w Hogsmeade była najlepszym pomysłem. Chyba, że romantyczni byli
wszechobecni w wiosce śmierciożercy.
- Bardzo się cieszę, Dafne. – uśmiechnęłam się do niej, z
udawanym entuzjazmem. Uwierzyła mi, byłam doskonałym kłamcą.
Na szczęście w tej samej chwili otworzyło się wejście do
pokoju wspólnego i pojawił się w nim właśnie Blaise. Dafne zrobiła przeuroczą
minkę i, zapominając o mnie, pobiegła w jego stronę. Nie byłam tym szczególnie
zaskoczona, robiła tak zawsze, gdy Zabini pokazał się w pobliżu.
Nie zaszczycając po drodze nikogo spojrzeniem, weszłam do
dormitorium. Pierwszym, co zobaczyłam, była płomienno- czerwona czupryna
Tracey.
- Błagam, Pan, uratuj mnie! – krzyknęła na powitanie i
rzuciła się w moją stronę.
Tym razem naprawdę się zaciekawiłam. Rzadko można było
zobaczyć pannę Davis w takim stanie.
- Co się stało, Tracey? – spytałam.
- Zgubiłam podręcznik od transmutacji. Pożycz mi swój! Muszę
napisać to wypracowanie dla McGonagall.
Westchnęłam, ale ruszyłam się, by znaleźć książkę. To
dziwne, że kiedy z drzwiami szaleje wojna, niektórzy przejmują się takimi
błahymi problemami.
Właśnie wtedy, poszukując podręcznika od transmutacji, mój
wzrok padł na stary, zniszczony dziennik. Bez słowa podobałam Tracey książkę,
cały czas wpatrując się w niego. Kiedy tylko drzwi zamknęły się za moją
współlokatorką, schyliłam się i wzięłam go do ręki. Okładka dziennika obita
była skórą, poniszczoną najwyraźniej przez czas. Na okładce dojrzałam wyryte
słowa. Compositae cogitationes.
To dziwne, że nie pamiętałam o nim przez całe wakacje, a
mimo to znalazł się w moim szkolnym kufrze. Przypomniałam sobie wyraźnie
chwilę, w której go dostałam.
Prawie cała szkoła zgromadzona była na błoniach, na
pogrzebie Albusa Dumbledore’a. Jednak ja zostałam w zamku. Siedziałam w
bibliotece, poddając się rozmyślaniom, gdy nagle pojawił się On. Choć powinien
siedzieć w pierwszym rzędzie na błoniach, Harry Potter stanął przede mną i
patrzył na mnie wyczekująco.
Pamiętam, jak wysyczał moje nazwisko z pogardą. Jak nie
chciał mi zdradzić szczegółów swojej przyszłej nieobecności. Jak wyjął z torby
dwa stare, skórzane dzienniki…
Wyciągnął różdżkę i skierował nią w ich stronę. Wyszeptał
nieznaną mi formułkę. Abscondita
nuntiande. Oba dzienniki powoli oplotła złocista nić, po czym zajaśniały
oślepiającym blaskiem. Potem wszystko znikło, tak nagle, jak się pojawiło.
Pamiętam, jak wyjaśnił mi, że są one teraz połączone.
Wystarczyło napisać coś w jednym, by pojawiło się w drugim.
Pamiętam, jak prosił mnie, ślizgonkę o pomoc. Jak nie chciał
wyjawić powodów. Jak go wyśmiałam.
Pamiętam, jak wyszedł bez pożegnania. Nie wiem jedynie,
dlaczego nie zostawiłam tego dziennika tam, w bibliotece, tylko wzięłam ze
sobą. Ani jak znalazł się w mojej torbie.
Patrząc na dziennik, przypomniałam sobie dzisiejszą obronę
przed czarną magią. Torturowanie niewinnych uczniów. I chyba właśnie to
wywołało impuls, który skłonił mnie do otwarcia dziennika.
Przyglądałam się parę chwil jego pożółkłym kartkom, aż
wreszcie wzięłam do ręki pióro. Zanurzyłam je w stojącym na szafce nocnej atramencie
i napisałam dwa słowa.
Dwa słowa, od których wszystko się zaczęło.
Witaj, Potter.